logo vivaoliva

projekt realizowany przez
Fundację Wspólnota Gdańska

logo wspólnota gdańska

Śr. 13 grudnia 2017

<--    grudzień 2017   -->
  • Pn
  • Wt
  • Śr
  • Cz
  • Pt
  • Sb

Skarby Oliwian

skarby oliwian

znajdź w Oliwie

Banery

Korzystasz z tej www? zobacz

Skarby oliwian


skarby oliwian przeglądaj skarby o projekcie partnerzy kontakt galeria wszystkich skarbów

Sabina Chomicka

Kilka słów o przekazującym:

Sabina Chomicka, urodzona w 1949 roku. Mieszkała w Oliwie przez 20 lat. Z zawodu jest magistrem farmacji. Interesuje się historią sztuki i filmem. Żona znanego przewodnika Mariana Marka Chomickiego.


„Na początku mieszkałam w Sopocie, w wielopokoleniowej rodzinie. Moja mama urodziła się w Sopocie, a ojciec w Wilnie. Do Oliwy wprowadziłam się w 1959 roku, gdzie zamieszkałam z rodziną przy ulicy Jasia i Małgosi. Pamiętam, że były to wakacje. Zaraz po nich miałam rozpocząć naukę w czwartej klasie podstawówki. W Oliwie mieszkałam 20 lat. Wprowadziłam się tu jak miałam 10 lat, a gdy miałam lat 30 przeprowadziłam się na Zaspę, gdzie mieszkam do dzisiaj. W Oliwie najbardziej lubię ulicę Grottgera. Tam chodziłam na spacery z wózkiem z moimi dwiema córkami. Uwielbiam tez spacery po oliwskich lasach, które były miejscem spotkań z moim mężem w czasach młodości.
Rodzice mojego męża Marka poznali się w Stutthofie w obozie koncentracyjnym. Jego mama pochodziła z Borów Tucholskich, a ojciec z kresów wschodnich. Pod koniec wojny  po likwidacji obozu ewakuowani na barkach dotarli do Dani. Do Polski wrócili w 1946 roku, wybierając Gdańsk. Zamieszkali w Nowym Porcie, ponieważ mój teść dowiedział się w obozie, że jak ktoś chce mieć dobrą pracę, to tam gdzie jest miasto portowe. Do Oliwy, do domu przy ulicy Jasia i Małgosi, wprowadzili się w 1956 roku.
Mój mąż, mój rówieśnik, Marian Marek Chomicki, urodził się w Gdańsku w 1949 roku. Od zawsze interesował się historią, a w późniejszych  latach także dziejami Pomorza a w szczególności  Gdańska. W 1978 roku zdobył uprawnienia przewodnika miejskiego i terenowego. Później został wykładowcą na kursach dla przyszłych przewodników i egzaminatorem państwowym, a od kilkunastu lat pełni funkcję wiceprezesa ds. szkoleniowych w Kole Przewodników PTTK. Od ponad 35 lat przewodnictwo jest jego wielką pasją. Obszarem, który jest najbliższy jego sercu, jest (i pewnie zawsze będzie) Oliwa. Tu spędził całe swoje dzieciństwo i młodość, tu poznaliśmy się my i tu urodziły się nasze córki. Oliwę zna doskonale i może o niej opowiadać bez końca.”

Fotografie skarbu/ów:
skarb skarb skarb skarb
Historia skarbu/ów:

P1
Jak wspominałam już wcześniej zaraz po wakacjach poszłam do czwartej klasy przy Szkole Podstawowej nr 35 w Oliwie. Szkoła mieściła się na ulicy Wita Stwosza. Budynek stoi do dziś, a wybudowano go na początku XX wieku i wówczas był to dom wypoczynkowy dla  nauczycielek. Pamiętam, że byłam  bardzo rozczarowana wyglądem szkoły. Była bardzo stara, ciemna, a ubikacje były straszne! Nie było sali gimnastycznej, musieliśmy ćwiczyć w piwnicy na okropnych materacach, ale tylko jak było zimno. Gdy było cieplej ćwiczyliśmy na dworze.
To jest zdjęcie klasowe z roku szkolnego 1960/61. Jest na nim nasza wychowawczyni, pani Kazimiera Kłyś, która uczyła nas matematyki. Bardzo się jej bałam, była bardzo groźna. Ja siedzę na krześle, czwarta od prawej strony, a mój obecny mąż stoi w środkowym rzędzie, jako drugi z lewej strony.
W tym okresie, na początku lat 60., wydarzyło się kilka ważnych rzeczy, nie tylko w Oliwie. Przy ulicy Chłopskiej na Przymorzu wzniesiono pierwszą szkołę w ramach programu „Tysiąc szkół na Tysiąclecie. Szkołę otworzył uroczyście przewodniczący Rady Państwa PRL Aleksander Zawadzki. 1 września 1960 roku całą naszą klasą uczestniczyliśmy w tym wydarzeniu.
W 1961 roku, niedaleko mojego miejsca zamieszkania, przy ulicy Wita Stwosza wybudowano kolejny oliwski punktowiec. Miał 13 pięter i był wówczas najwyższym blokiem na Pomorzu. W tych punktowcach często dostawali mieszkania nauczyciele, również z naszej szkoły.
W kwietniu 1961 roku (pamiętam ten dzień bardzo dobrze) odbył się lot Jurija Gagarina w kosmos. Cała moja klasa poszła do kolegów - Jurka i Wojtka Okońskich. Ich rodzice jako jedni z pierwszych mieli telewizor. Tego dnia wszyscy oglądaliśmy transmisję lotu Gagarina w kosmos. Było to niesamowite wydarzenie. Siedzieliśmy z wypiekami na twarzy, wpatrzeni w ekran, na którym prawie nic nie było widać. W tym samym roku w kinie Delfin, na ulicy Opata Jacka Rybińskiego (wówczas ulica nosiła nazwę Armii Radzieckiej) puszczano film „Szatan z siódmej klasy”. Byłam na tym filmie z koleżanką siedem razy! Chodziłyśmy oczywiście głównie dla głównego bohatera Adasia Cisowskiego, którego grał Józef Skwark. Ostatnio szukałam informacji na temat tego filmu i okazało się, że był drugim polskim filmem w historii, który pretendował do Oscara. Miałyśmy nosa, że byłyśmy na nim tyle razy!

P2
Gdy się wprowadziliśmy na ulicę Jasia i Małgosi, w domu obok mieszkali państwo Chomiccy, w tym mój przyszły mąż, Marek Chomicki. Ich dom już był wybudowany. Wprowadzili się tam w 1956 roku. Mój dom dopiero powstawał. Był budowany z cegły rozbiórkowej, pozyskiwanej w Gdańsku, z powojennych  gruzów. Mój ojciec był budowlańcem, więc dużo rzeczy robił sam. Ale żeby zbudować taki dom, moi rodzice musieli wziąć pożyczkę, którą spłacali przez 25 lat. Finansowo pomogła nam też moja babcia, która kiedyś prowadziła prywatną praktykę lekarską w Tomaszowie Mazowieckim.
Na tym zdjęciu jest mój mąż Marek Chomicki ze swoją mamą. Marek grał na akordeonie - grał na wszystkich szkolnych imprezach i zawsze był gwiazdą rodzinnych spotkań. Jak byliśmy starsi i chodziliśmy na potańcówki  tam również dawał małe koncerty. Potrafił zagrać na akordeonie wszystko – od tanga po bluesa, aż do rock and rolla. Teraz już niestety nie gra. Na tym zdjęciu jest też brat Marka, Zbyszek  i letnicy, którzy często w okresie wakacji mieszkali  w domu mamy Marka podczas wakacji. Raz nawet mieszkała tu przez jakiś czas Beata Tyszkiewicz.
Historia powstania tej ulicy jest dosyć ciekawa. W połowie lat 50. XX wieku zaczęły się pojawiać niewielkie osiedla domów jednorodzinnych na terenach, które należały do dawnej osady Polanki. Realizowane były dzięki społecznym towarzystwom, które funkcjonowały przy trójmiejskich zakładach pracy. Organizacją i pomocą prawną tego przedsięwzięcia zajmował się Wojewódzki Komitet Indywidualnego Budownictwa Jednorodzinnego. Jednym z terenów, na którym zaczęto budować kilkanaście wolnostojących domów, była górna część ulicy Bażyńskiego. Domy, które tam stanęły zaprojektował architekt inżynier Andrzej Jagodziński. Domy te miały bardzo oszczędną dekorację, przypominały swoim wyglądem chatkę Baby Jagi. W pierwszym zasiedlonym domu zamieszkali państwo Mroczkowscy, Jan i Małgorzata, więc wymyślenie nazwy dla nowej ulicy (Jasia i Małgosi) stało się proste. By zachować „bajkowy” charakter, mieszkańcy sąsiednich terenów nazwali swoje ulice odpowiednio – Kubusia Puchatka i Krasnoludków.

P3
Na tym zdjęciu mamy po 19 lat, czyli zdjęcie zostało zrobione w 1968 roku. Stoimy w ogrodzie przy ulicy Jasia i Małgosi, na tle wiśni. Gdy chodziliśmy do szkoły, do jednej klasy, to rzadko się z Markiem zgadzaliśmy, można nawet powiedzieć, że byliśmy wrogami. Chyba, że nadchodziły wakacje, wtedy następowało zawieszenie broni. Gdy się wprowadziłam na ulicę Jasia i Małgosi, mając 10 lat, mój mąż już wtedy był bardzo kochliwy. Ale iskrzyć między nami zaczęło dopiero gdy mieliśmy po 17 lat. Nasza miłość „wybucha” latem, w wakacje. Całe dnie, tak jak w dzieciństwie, spędzaliśmy na plaży w Jelitkowie. W wakacje również jeździliśmy na spływy kajakowe. Nasza pierwsza randka miała miejsce przed Katedrą Oliwską 30 kwietnia, w imieniny mojego męża. Pamiętam, że przed naszą pierwszą randką zebrałam w naszych ogrodzie magdalenki, specjalnie dla Marka. Ale mu ich nie dałam – bardzo się zawstydziłam i przywiozłam je z powrotem do domu.

P4
To nasze zdjęcie ze ślubu cywilnego, w Urzędzie Miejskim w Gdańsku, który odbył się 26 marca 1975 roku. Ślubu udzielał nam pan Manowiecki. Pamiętam, że ceremonia odbyła się bardzo wcześnie, bo o godzinie 9 rano. Bardzo się denerwowałam! Byłam już wtedy we wczesnej ciąży. Ślub ten zorganizowaliśmy sobie sami, bez wiedzy rodziców. Kiedy już wszystko było przygotowane, a obrączki kupione, poinformowaliśmy rodzinę o zaślubinach. Na ślubie kościelnym w Katedrze Oliwskiej, który braliśmy później, nie chciałam mieć długiej białej sukni ani welonu. Rozkloszowaną kremową spódnicę i garsonkę uszyła mi z wełnianej żorżety moja ciocia Trudzia, która była doskonałą krawcową. 
Moja historia oliwska kończy się na ślubie, tak jak w bajkach z dopiskiem „i żyli długo i szczęśliwie”, co w naszym przypadku trwa do dnia dzisiejszego.

Opracowanie tekstu: Ewa Labenz

wróc do góry