logo vivaoliva

projekt realizowany przez
Fundację Wspólnota Gdańska

logo wspólnota gdańska

Sob. 28 listopada 2020

<--    listopad 2020   -->
  • Pn
  • Wt
  • Śr
  • Cz
  • Pt
  • Sb

Wesprzyj nas 1%

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego. Wesprzyj kulturę i sztukę przekazując 1% podatku:
KRS 000286430

Podsumowanie roku 2019 w liczbach - kliknij tutaj, aby zobaczyć

Skarby Oliwian

skarby oliwian

znajdź w Oliwie

Banery

Korzystasz z tej www? zobacz

Skarby oliwian


skarby oliwian przeglądaj skarby o projekcie partnerzy kontakt galeria wszystkich skarbów

Piotr Schweiger

Pan Piotr jest oliwianinem od zawsze, tu się urodził, dorastał i mieszka do dziś. Skrupulatnie zbiera wspomnienia i historie z życia codziennego swojej dzielnicy, chętnie opowiada o Oliwie z przeszłości.  Jest bacznym obserwatorem zmian, kolekcjonerem oliwskich biografii i fotografii.

"Urodziłem się w 1954 roku. Mieszkam w tym samym domu przy ulicy Orkana od zawsze. Rodzice przyjechali do Gdańska w 1945 roku z Warszawy, gdzie po powstaniu wszystko stracili. Najpierw pojawił się w Gdańsku profesor Kopecki, a za nim cała grupa, do której należeli również moi rodzice. Zadaniem grupy było zabezpieczenie i ratowanie dóbr kultury i nauki. Zamieszkali w Oliwie. Na przestrzeni kilku ulic: Grottgera, Orkana, Wita Stwosza, ulokowali się niezwykle ciekawi ludzie związani z nauką, bibliotekarstwem, z Politechniką i przemysłem okrętowym. Moja mama na przykład współtworzyła bibliotekę miejską. Natomiast wiele osób z sąsiedztwa to był trzon biblioteki PAN, wśród nich specjalistki od klasyki, starodruków.
Ale należy pamiętać, że nie wszyscy mieszkańcy Oliwy byli przyjezdni. Jako dzieci widywaliśmy „starych” gdańszczan, którzy wpisani byli w najbliższy krajobraz.
Wielu dawnych mieszkańców mieszkało przy ulicy Tatrzańskiej. Na przykład praczka, z której usług korzystaliśmy. W domu nie urządzało się prania. Pani zabierała brudne rzeczy, prała, suszyła, maglowała. Praczka była Polką, ale wyszła za gdańszczanina, który słowem nie mówił po polsku. Podobnie jak nasza gosposia, która  u nas w domu nauczyła się mówić po polsku. Pracowała u nas dobre 30 lat. Stała się członkiem naszej rodziny. Był też palacz. Przyjeżdżał z narzędziami do palenia w piecu na starym zardzewiałym niemieckim rowerze do żłobka (przed wojną sierociniec), który mieścił się za naszym domem. Zawsze był staromodnie ubrany. Jeździł w pumpach z klamerką na nogawce. Prawie nie mówił po polsku, kiedy krzyczał na nas za jakieś figle i psoty, wcale go nie rozumieliśmy. Było tych ludzi sporo, małomówni, pogrążeni w swojej pracy, funkcjonowali niczym cienie.
Przy ulicy Orkana do dziś mieszka pani, gdańszczanka od siedmiu pokoleń,  która nie pozwoliła się wysiedlić. W tych ludziach jest historia, prawdziwe oblicze dzielnicy.

Na przestrzeni lat obserwuję jak Oliwa się zmienia. Zmieniają się miejsca, choćby obszerne niegdyś ogrody zabudowane w latach siedemdziesiątych prostokątnymi blokami,  które  znacząco wpłynęły na wygląd i osobliwy charakter dzielnicy. Zmieniają się ludzie. W blokach zamieszkali nowi przybysze, z którymi brak było takiej szczerej integracji. Mnie zdecydowanie bliższa jest Oliwa z czasów dzieciństwa. Pamiętam tą atmosferę, smaki, zapachy, kolegów, którzy mieszkali w takich samych starych, przedwojennych domach jak ja. Domy, choć dbano o nie, to, jeśli chodzi o ich substancję, podupadały z czasem, bo nie było funduszy na remonty, ale ogrody zawsze pozostawały piękne i pełne dobrodziejstw, którymi można było się podzielić. Każdy coś hodował, wymienialiśmy się roślinami, sadzonkami. Mój ojciec w wolnych chwilach od pracy biurowej zajmował się różami, którymi chętnie obdarowywał sąsiada, ktoś miał jabłonkę – jabłka przynosił. Sąsiedzi hodowali kury, króliki. I wymiana kwitła. Teraz ludzie wymieniają się zdawkowym pozdrowieniem, spostrzeżeniem.  Teraz ludzie żyją bardziej swoim życiem. Nie mówię, że to źle, tylko inaczej. Wtedy były trudne czasy, dlatego wielu zależało na budowaniu, dbaniu o wspólnotę. W moim odczuciu i pamięci dawniej ludzie byli bliżej siebie. To nie były szczególnie zażyłe kontakty, takie żeby się specjalnie odwiedzać, ale rozmowy przez przysłowiowy płot były na porządku dziennym. Z kolegami, koleżankami spędzaliśmy mnóstwo czasu razem, na podwórku. Kopaliśmy piłkę, albo zjeżdżaliśmy na sankach ulicą Orkana, która była niegdyś również torem saneczkowym prowadzącym, aż do Wita Stwosza. Tu trzeba wspomnieć, że nie bez przyczyny ulica Orkana nazywała się dawniej Winterbergst. czyli ulica Zimowego Wzgórza, dlatego, że zimowe wzgórze, które dziś nosi nazwę Góra Dantyszka, rzucało na ulicę Orkana cień i dzięki temu, tu najdłużej leżał śnieg.
Z przyjemnością poznaję fakty z historii dzielnicy, odkrywam jak tu kiedyś funkcjonowano, jak meliorowano grunty, wyznaczano nowe ulice, budowano domy, jak była rola traktów, poznaję etymologię i zmiany nazw ulic.
Żałuję tylko, że moje zainteresowanie Oliwą przyszło późno, bo ludzie, których pamiętam z dzieciństwa mogli mi mnóstwo rzeczy opowiedzieć."
 
Fotografie skarbu/ów:
skarb skarb skarb
Historia skarbu/ów:
Dom, w którym mieszkam wybudował pastor Boese i od jego nazwiska wzięła swoje imię nasza willa. Pastor umarł w 1935 roku, w domu, na poddaszu do 1947 roku  mieszkały jego dwie córki Hulda i Elisabeth, na poddaszu, bo w czasie wojny willa została zajęta i podzielona na kwatery dla wojskowych, którzy uczęszczali do pobliskiej szkoły (dziś V Liceum Ogólnokształcące).
Rodzice przyjechali z dwoma walizkami, „udomowili” to co zastali. Oliwa nie była zniszczona, domy raczej opuszczone. Wybierało się budynki nieograbione, a najważniejsze były szyby w oknach.  W naszym domu było sporo ładnych mebli, bo tu, w pierwszych powojennych miesiącach, rosyjscy oficerowie urządzili sobie kasyno.
Wiele przedmiotów jest z nami do dziś, dbamy o nie, pielęgnujemy zapisaną w nich historię Te stare rzeczy, etykietki, nazwy, przywołują dawne czasy, dawne firmy, które tu działały, dawnych ludzi, którzy tu żyli.
Moim zdaniem taka dbałość jest przyczynkiem do tego, żeby coś uratować, przywołać, zachować i pielęgnować więź z przeszłością, przez co teraźniejszość staje się pełniejsza.

P1 Ławka jest częścią większego kompletu, ma chyba ze sto lat. Jest nadal opatrzona blaszką wskazującą na to gdzie została kupiona – sklep na Długim Targu z porcelaną i meblami.
Mam także termometr, który wisiał na pierwszym piętrze w oknie, są przy nim mosiężne wsporniczki z adresem gdzie go wyprodukowano. Takich rzeczy nie wyrzucam, niektóre domagają się naprawy, remontu, czekają na odpowiedni moment, inne towarzyszą nam w codziennych czynnościach.

P2 Ogrodowy kwietnik, który też należy do tego domu. Rodzice hodowali na niej kaktusy, doskonale pamiętam jak pięknie kwitły na czerwono.

P3 Płot, który otacza nasz dom jest oryginalny. Pamiętam z dzieciństwa, że na ulicy Orkana były prawie wszędzie takie stare zachowane płoty, teraz zostało ich już niewiele.

Opracowanie tekstu: Magdalena Majchrzakowska
 

wróc do góry