logo vivaoliva

projekt realizowany przez
Fundację Wspólnota Gdańska

logo wspólnota gdańska

Skarby Oliwian

skarby oliwian

Wesprzyj nas 1%

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego. Wesprzyj kulturę i sztukę przekazując 1% podatku:
KRS 0000286430

Podsumowanie roku 2021 - kliknij tutaj, aby zobaczyć

Dokumenty informacyjne

Skarby oliwian


skarby oliwian przeglądaj skarby o projekcie partnerzy kontakt galeria wszystkich skarbów

Jolanta Herbasz

Pani Jolanta Herbasz urodziła się w Oliwie w 1946 roku na oddziale położniczym, który wówczas prężnie działał w kamienicy przy ulicy Obrońców Westerplatte. Rodzice pani Jolanty – Janina (z d. Kluska) i Eugeniusz Bekrycht - przyjechali do Gdańska rok wcześniej z Łodzi. Zamieszkali w Oliwie, w budynku czterorodzinnym na rogu ulicy Grottgera i Wita Stwosza. I tak rozpoczęła się ich oliwska przygoda.




„W kamienicy przy ulicy Wita Stwosza rodzice nie mieszkali długo. Musieli się przeprowadzić, bo ten dom, jak i inne sąsiednie, wzięła kolej dla swoich pracowników. Rodzice zamienili się z kolejarzem, który miał mieszkanie na Derdowskiego 24 i tam właśnie  mieszkałam z nimi aż do 1966 roku.  Ten okres wspominam bardzo dobrze”.
 
Fotografie skarbu/ów:
skarb skarb skarb skarb skarb skarb skarb skarb skarb skarb
Historia skarbu/ów:
P1. Fotografie z rodzinnego albumu. Na Derdowskiego
Okolice Derdowskiego były przepiękne: dużo zieleni wokoło, skwery i placyki. Za naszym domem każdy z mieszkańców miał swój ogródeczek. Rodzice uprawiali tam pomidory, ogórki, rosły też drzewka owocowe. My akurat mieliśmy śliwkę węgierkę. Moja mama wygospodarowała także mały trawnik z krzakiem dzikiej róży, która latem dawała cień. To było miejsce wypoczynku. Wszyscy byli dla siebie życzliwi. Nazwiska pamiętam do dziś. Na pierwszym  piętrze, naprzeciwko rodziców, mieszkał pan Tarnowski, który opracowywał rozkłady jazdy kolei, na dole państwo Hądzelek, po drugiej stronie państwo Kopciuchowie. Pan Kopciuch był ogrodnikiem i w Parku Oliwskim od strony ulicy Kanapariusza hodował kwiatki, które potem sprzedawał. Z zawodu był nauczycielem. Jego żona, Pani Maria, bardzo zaprzyjaźniła się z moją mamą i z naszą rodziną. Z uśmiechem wspominam, że każdej niedzieli Pani Maria przychodziła do nas w szlafroku (!) na herbatę. Na herbatę, bo nie piły kawy, ale właśnie mocną herbatę Madras. Ta bliskość trwała do końca życia, nawet gdy już nikt z nas nie mieszkał na Derdowskiego. Państwo Kopciuchowie przeprowadzili się na Strzyżę,  a rodzice, po latach, na Subisława.

P2. Dokumenty z rodzinnego archiwum.
Rodzice zbierali i przechowywali wszystkie dokumenty, nawet te starsze, po niemiecku. Do dziś mam różnego rodzaju zaświadczenia, pokwitowania i inne stare papiery, wystawione moim rodzicom w latach 40 tych, na przykład za zakup mebli. Tu jest wszystko zapisane, za ile i co kupili, że zapłacili.  Rodzice szanowali rzeczy. Kiedy przeprowadzali się z Derdowskiego na Subisława, zabrali ze sobą dużo różności, w tym meble, ale większość z nich ojciec musiał przerabiać, bo nie pasowały do bloku. Za duże były, za szerokie, a mój tata wszystko potrafił przerobić, naprawić. Krzesła z tego spisu są w naszej rodzinie do dziś. Stoją u naszej córki, tylko są trochę niższe. Tata je trochę skrócił, bo były za wysokie, ale szczyty zachował.  Jest także lampa stojąca, jednak już z nowoczesnym kloszem. Córka zachowała też wiele drobiazgów: szkatułki, kieliszki, naczynia, biżuterię itp. Mają one dla nas olbrzymią wartość sentymentalną, są wspomnieniem dzieciństwa i młodości.

P3. Fotografie z rodzinnego albumu. Na Spacerowej
Kiedy wyszłam za mąż, przeprowadziłam się na Spacerową 16, gdzie wcześniej, od lat 50 tych, mieszkał mój mąż z teściami – Barbarą (z d. Koszałka) i Ambrożym Herbasz. Tu jest nasz dom do dziś. Wokoło ogród i ściana zieleni, stare drzewa i las. Historia domu jest długa, ślady dawnych mieszkańców odkrywałam w książkach adresowych. Dom wybudował około 1914 roku prof. Otto Lienau. Mieszkał tu i realizował swoje pasje: wędrówki i ogrodnictwo. Po wojnie zamieszkali tu państwo Kulowie. Pan Kula był dyrektorem banku, jego żona – znaną okulistką. W międzyczasie dokwaterowywano ludzi. Tak trafił tu mój teść i inni,  na przykład Leszek Boguszewicz, znany polski biegacz. Ludzi było dużo, ciągła rotacja. Zamieniali się na pokoje, przeprowadzali. Takie to wówczas były czasy, ciągły ruch, normalny w niejednym oliwskim budynku. Mój teść przed wojną był listonoszem w Hopowie, w Kartuzach. Po wojnie został oddelegowany do Urzędu Pocztowego Nr 1 w Nowym Porcie i zamieszkał w Oliwie, najpierw sam potem sprowadził rodzinę. W tym zawodzie pracował aż do emerytury. Znali go zasadniczo wszyscy dawni mieszkańcy Oliwy. Dom, w którym mieszkamy, stoi trochę na uboczu. Za czasów naszej młodości nie było jeszcze pięknej Spacerowej, a jedynie jezdnia bez pobocza, bez oświetlenia. Po zakupy, czy w innych sprawach, trzeba było wybrać się pieszo do centrum Oliwy. W 1966 urodziłam córkę. Chodziło się wówczas z wózkiem po asfalcie, początkowo bez problemów, bo ruch był niewielki, ale potem jeździło już więcej samochodów, więc, sucho czy mokro, spacerowało się bokiem. Zimą to dopiero była zabawa. Jak pług przejechał i śnieg odrzucił na bok, drogą szło się szybko, dopóki auto nie jechało, a jak jechało, to jedynym wyjściem był skok w zaspę. Od 1971 roku, z małymi przerwami, pracowałam w Telekomunikacji Polskiej. Jedynym środkiem komunikacji był dla mnie autobus 122 , do którego trzeba było dojść ulicą Spacerową spory kawałek. Jak zrobili piękne pobocze, oświetlenie i chodnik, to akurat poszłam na emeryturę.  Serce i pracę włożyłam w te mury, w ziemię. Wszelkie remonty robiliśmy sami, dbaliśmy o otoczenie domu. Ten ogród to nie jest prosta sprawa, bo z jednej strony las, który zabiera światło, z drugiej plany zagospodarowania terenu. Mówię ogród, ale teraz to raczej należałoby powiedzieć podwórko, bo najpierw dziki zrobiły swoje, a teraz robotnicy kopali pod światłowód i kanalizację, bo tu, gdzie niegdyś mieliśmy krzaki agrestu i porzeczek, jest planowana droga. Zostało jeszcze kilka starych drzew i parę elementów starej fontanny, skarpy, na których „sadziłam”  kamienie i kamienne schody, jeszcze przedwojenne, które sama odkryłam kawałek po kawałku. Chwilami było ciężko, ale bardzo jesteśmy związani z naszym domem, mamy sentyment do tego miejsca. Tu się dużo przeżyło, więc dawniej o żadnych przeprowadzkach nawet nie myśleliśmy, no może teraz czasem przyjdzie nam do głowy, żeby poszukać czegoś mniejszego, ale jeżeli coś takiego by się wydarzyło, to na pewno zostalibyśmy w Oliwie. Oliwa jest piękna, zielona, o ciekawej, niewysokiej architekturze,  Oliwa to przyzwyczajenie, moja historia.


Opracowanie tekstu: Magdalena Majchrzakowska
 

wróc do góry